Okazji do zobaczenia prawdziwego ruchu w Delhi jeszcze nie było.
Końcówka ramadanu i fakt, że wyruszyliśmy dość wcześnie uchroniły nas przed korkami.
No, ale we wtorkowy, trzeci dzień wycieczki idealnie wpasowaliśmy się w standardy Indyjskie.
Niestety albo właśnie “stety” utknęliśmy w korku w drodze do Haryany (stan w Indiach sąsiadujący z Delhi).

Ulica wygląda na zaniedbaną, nic bardziej mylnego.Tam u góry buduje się metro aby miasto miało szybkie i sprawne połączenie z Haryaną z którą notabene jest ściśle powiązane na płaszczyznach biznesowo-ekonomicznych. Przed wjazdem do nowego stanu autobusy mają obowiązek uiścić opłatę w takiej budce granicznej.
Kilka chwil i jesteśmy w stanie Haryana miasta przez które przejeżdżamy są stricte biznesowe i stosunkowo młode. Właśnie ich biznesowy charakter jest jednym z czynników współpracy z Delhi gdyż spora ilość siedzib dużych firm mieści się właśnie tutaj.
Zanim wyłoni nam się panorama miasta mijamy świątynie Hanumana, który jest oczywiście jednym z bóstw hinduistycznych.

Mówiłem, że w Delhi krowy nie są aż tak często spotykane ponieważ zostają systematycznie przeganiane.
W Haryanie można już te krowy zobaczyć. Jedna z głównych dróg wjazdowych do miasta:

Te pasy między ulicami to jedne z ulubionych miejsc krów, które wylegują się tam całe dnie.


No i mamy Gurgaon – miasto rozwijające się, podobne architektonicznie do tych, które znamy.
Dużo nowoczesnych budynków już stoi, a jeszcze więcej się buduje. Miasto jest powstawało i rozwija się na konkretnym planie co w Indiach jest dużym sukcesem bo spora część miast jest budowana bez jakiegokolwiek zamysłu (stąd brak chociażbym konkretnego centrum).


Tutaj można było szczególnie zobaczyć rozwarstwienie społeczne – piękne biurowce i wspaniałe samochody, a obok biedota mieszkająca na ulicy.



Nowe mieszkania bogatej części społeczeństwa – połączenie tradycyjnych, rozpoznawalnych elementów architektury orientu i nowoczesności. Fantastyczne ogrody na dachu i oczywiście masa wentylatorów.

W oddali wieżowce mieszkalne, a na pierwszym planie rozpierdol budowlany (słynne metro).

Ostatnie ujęcia z miasta. Poranna toaleta + pranie. Oczywiście w fontannie, która jeszcze jakimś cudem i ledwo działa.


I wyjechaliśmy teraz kierujemy się w stronę Jaipuru po drodze zobaczymy tereny wiejskie, rolnicze, góry, standardowo kilka świątyń i zajazdów, a także wstąpimy na lunch do uroczego zakątka.
No to go!



Zwróćcie uwagę jakie te panie po waszej lewej mają ogromne toboły na głowach.

Świątynia buddy, a właściwie olbrzymi posąg. Dla Indii nie ma to najmniejszego znaczenia – wielki kompleks budynków czy tylko posąg – świątynia to świątynia i już.

Zaczyna się pochód krów, który rozkręci się na dobre po jednej i drugiej stronie.
Mnie lekko zamurowało o_O.


I teraz po naszej stronie 


I dalej…


Tutaj widać dobrze pana “przewodnika” trochę mi ten pochód pielgrzymkę na jasną górę przypomina, a wam?


Chwilę później docieramy do zajazdu.
Jest pięknie, stoły rozstawione w ogrodzie, pełno kwiatów, papużki, cudowna pogoda.
Obsługa trochę mozolna i roztrzepana jak całe Indie, ale to jest takie urocze…
Nikomu się nie spieszy i nikt się nie gniewa bo aż miło dłuższą chwilę posiedzieć w takiej oazie.
Papużki-cykory wyczyn zrobić im jakiekolwiek zdjęcie, strasznie się stresują kiedy ktoś podchodzi i uciekają na przeciwległe kraty.

Oczywiście musiałem porobić zdjęcia flory, ale szczerze mi się podobały te kwiaty i no lubię przyrodę.




A tu wiewióra palmowa, która udaje, że jej nie ma.
Te gryzonie są takie słodkie i jakieś bardziej cywilizowane, nasze to spierdalają jak tylko coś zaszeleści, a te raczej się nie boją.

Spryciary dorwały się i do coli, i do jedzenia pod nieobecność właścicieli jadła.

A tu już obżarta leży i się leni na gałązce

Po pysznym obiedzie (talerz warzyw robionych na milion sposobów do tego ryż i dwieście sosów) ruszyliśmy w dalszą drogę. Została nam jeszcze połowa.
Po kilometrach krajobrazu zrobiło się tak jakby trochę żywiej 


Tu mamy przykładowy zajazd w którym można zjeść i wynająć pokój.

Mijamy kolejne miasteczko i kolejny raz ruch wydaje się być większy niż w takim Szczecinie.



Tu jeden z lepszych hotelo-zajazdów.


I na nowo zawitały krajobrazy, a nawet panowie i ich wielbłądy



Te góry, które widać w tle to Arale.


I dotarliśmy do Jaipuru, stolicy Rajastanu.
Przed zakwaterowaniem w hotelu o wdzięcznej nazwie Paradise zostaliśmy poczęstowani występem artystycznym.



Pokoje wyglądały równie wspaniale co w Delhijskim “Avalonie” :


A tutaj nasz widok z okna:

Po szybkim prysznicu udaliśmy się wszyscy do Galerii Handlowej bo do kolacji zostały jakieś 2-3 godziny.
Galeria wizualnie bardzo ładna (zdjęcia będą jak mi wyślą). Zanim jednak się weszło kontrola toreb, przechodzenie przez bramki i kontrola czujnikiem. Po spełnieniu warunków można było wejść.
Oczywiście w sklepach jak wszędzie robiliśmy za sensację i zaraz się ustawił ogon, który dzielnie za nami podążał i to już było trochę niezręczne bo zakupów nie można było zrobić tak się wciskali między nas, obchodzili etc. W Centrach Handlowych praktycznie sami młodzi, ludzie starszej daty nie kupują w marketach oni wolą swoje targi. Ogólnie zainteresowanie nikłe to też ceny niskie i sklepów mało, ale za to konkretne. Markowymi ciuchami, a właściwie wszystkim można się obkupić za niewiele i do tego można się jeszcze targować! Ah szkoda, że u nas nie ma takiego czegoś. Troszkę się rozejrzeliśmy i się ściemniło, średnio się nam uśmiechało wracać na piechotę, a rikszą nie jechaliśmy więc zaraz złapaliśmy jakąś i sruuu pod prąd.
Dystans nie był wielki, ale za to jaka zabawa. Jedzenie w tym hotelu najlepsze i największy wybór chociaż nigdzie już nie było tak pysznego Deseru jak w Delhi. Kolejnym plusem Paradajsu była działająca telewizja z kanałami muzycznymi i nie muszę mówić że byłem w swoim żywiole – Bollyhity 24/h. Sen nas szybko nie zmorzył – jakoś tak się nie chciało. Biegaliśmy po hotelu i podziwialiśmy widoki z najwyższych pięter. Jaipur nocą mimo, że skromny jest zachwycający. Rad nie rad położyć się trzeba było bo czekał nas pasjonujący dzień!